Spotkanie z królem gór

Ikona światowego i polskiego himalaizmu Krzysztof Wielicki gościł w piątkowy wieczór w Czarnymlesie. W restauracji „Zajazd u Michała” spotkał się ze swoimi sympatykami i miłośnikami gór. Opowiadał głównie o eksploracjach w Himalajach i Karakorum oraz odpowiadał na liczne pytania publiczności. Inicjatorem spotkania z tym jednym z najwybitniejszych światowych himalaistów był miejscowy regionalista Kazimierz Pietralczyk. Wielicki pochodzi z pobliskiej Szlarki Przygodzickiej i jak wczoraj stwierdził bardzo ważne dla niego są korzenie. Poniżej obszerna relacja ze spotkania, fotografie oraz link do informacji, która pojawiła się na portalu www.wlkp24.info, gdzie znajdziecie także wywiad z Krzysztofem Wielickim oraz z uczestnikami wczorajszego spotkania. Jest też pełny zapis spotkania w formie audio.




Powszechnie postać Krzysztofa Wielickiego utożsamiana jest ze zdobywcą Korony Himalajów i Karakorum. Wiele osób kojarzy go, bo jako pierwszy wraz z Leszkiem Cichym wszedł zimą na Mount Everest. Tymczasem same w sobie te osiągnięcia, choć niewątpliwie wybitne, nie były najtrudniejszymi w jego „górskim” życiu. Krzysztof Wielicki na spotkaniu opowiedział o swoich wyprawach, w tym tych trzech najtrudniejszych, którymi były solowe wejścia na Nanga Parbat, Dhaulagiri i Shisha Pangme. 



Najbardziej spektakularne było wejście himalaisty na ostatni brakujący szczyt do kolekcji Korony Himalajów i Karakorum – Nanga Parbat. 

„Psychicznie najtrudniejszy był Nanga Parbat. Patrząc z dystansu nie powinienem tego robić. Przekroczyłem wszystkie granice ryzyka” – stwierdził himalaista. 

Chwilę wcześniej relacjonując wyprawę powiedział: 

„Nie miałem kompletnie żadnej wiedzy o tej górze. W ogóle nie przygotowałem się, bo byłem pewien, że koledzy tam są (Wielicki udał się na Nanga Parbat bezpośrednio po wejściu na K2, ale wyprawa polska, która wcześniej wyruszyła pod Nanga Parbat wróciła do kraju rezygnując z ataku na szczyt na skutek dwutygodniowej „niepogody” – przyp. autora). Nie wiem co się stało, że zdecydowałem iż pójdę sam. Faktem jest, że wciągnęła mnie pogoda. To był koniec sezonu – na koniec sierpnia w tej części świata nie powinno już być dobrej pogody – a tam była taka „lampa”. Piękna pogoda (…).Na łączce na 4000 m siedziałem sobie i myślałem „Muszę natychmiast wejść w tą ścianę, bo jak nie wejdę to zaraz się wrócę”. Tylko gdzie tu wejść? Kolega z wyprawy polskiej, która wróciła do kraju, na owijce od krówki narysował górę, taką strzałkę i napisał „tu”. A góra ma cztery kilometry różnicy i dwa kilometry szerokości. Wziąłem namiot, podszedłem pod ścianę. Popołudniu odszukałem możliwości wejścia. Znalazłem kuluar, gdzie były ślady jakiś lin i pomyślałem „To chyba tam”. Musiałem wziąć cały sprzęt ze sobą, bo byłem sam (…). Wspinałem się całą noc. Byłem tak zmęczony, że jak doszedłem na miejsce i na sześć tysięcy metrów rozbiłem sobie namiocik wrzód (który wyrósł przed wejściem na wcześniej wspomnianą przełączkę –przyp. autora) mnie bardzo bolał. Wziąłem wszystkie cztery tabletki antybiotyku jakie miałem, popiłem herbatą i „odjechałem”. Przez 24 godziny nie wiedziałem co się ze mną działo. Wyświetlił mi się cały film z życia (…). Wszystko zostawiłem, wziąłem tylko kurtkę puchową, maszynkę (…) i 1 września wszedłem na szczyt”. 



Na szczycie himalaista miał dylemat: 

„Ostatni szczyt do Korony Himalajów. Nie mam żadnego dowodu, nikogo nie ma, wezmę kamienie (…) W ostatniej chwili zobaczyłem taką żółtą szmatkę. Pociągnąłem, ale była umocowana do haka. Był pamiątkowy i wygrawerowany: Austria 1976 HiMountain Graz. To oczywiście do kabzy haczyk i zjechałem ścianą” Jak się później okazało świadkami jego kilkudniowego samotnego wejścia byli pakistańscy pasterze obserwujący jego wyczyn lunetą z oddalonych łąk. 


„Na Dhaulagiri to była kwestia bezpieczeństwa. Jak się wbijesz w ścianę to koniec” – tak wymownie określił skalę trudności jaka mu towarzyszyła podczas zdobywania tego szczytu. 

”Odnalazłem tam dowód na stadność. Jak już byłem bardzo blisko wyjścia ze ściany (…) pierwszy raz w życiu miałem takie omamy, że ktoś mi się pojawiał. Ani to kobieta, ani mężczyzna ani ktoś mi znany bliski (…) Łapałem się, że nikogo nie ma. Próbowałem się radzić kogoś (…) W sytuacji ekstremalnej my po prostu potrzebujemy drugiego człowieka. Mamy gdzieś zakodowaną tą stadność”.

W humorystyczny sposób podzielił się również swoimi odczuciami jakie towarzyszyły mu podczas pierwszego na świecie udanego wejścia na ośmiotysięcznik z bazy w ciągu jednej doby (był nim Broad Peak):

  „Ja tam jakoś tak wbiegłem. Ten wyczyn nie zrobił na mnie wrażenia poza tym, że byłem zmęczony i kolana mnie bolały (…) I tam była jeszcze ta różnica, że na Broad Peaku działały jeszcze dwie czy trzy wyprawy. Ja się sam wspinałem do szczytu, ale były jakieś liny, namiot, mogłem się gdzieś zatrzymać. Bardziej traktuje wejście na Broad Peak jako wyczyn wydolnościowy. Rzeczywiście nikt tego nie zrobił w czasie takim jak ja – w sensie fizycznym”. 

Z dużą uwagą przybyłe osoby przysłuchiwały się również innych jego relacji, szczególnie tych dotyczących wejść na K2 (udało się to Wielickiemu za czwartym razem). 



Domeną Polaków jest himalaizm zimowy. Pierwsze zimowe wejścia na ośmiotysięczniki to osiągnięcia głównie Polaków. Z dotychczas zdobytych tylko na Makalu i Gaszerbrum II jako pierwsi stawali obywatele innych nacji. Pewnie dlatego nie zabrakło również relacji Wielickiego z zimowych ekspedycji, w tym tych zakończonych przez niego sukcesem. Na Mount Everest, Kanczendzongę i Lhotse wszedł zimą jako pierwszy i pewnie dlatego rozmowy poświęcone na temat tych wypraw tak urzekły zgromadzonych. Tą ostatnią górę zdobył zresztą zimą samotnie. Opowiedział również o tym, że trzykrotnie (w latach 1985, 1987, 1989) ten szczyt atakował w warunkach letnich - niezdobytą wówczas ekstremalnie trudną południową ścianą. Zaszedł nią naprawdę wysoko (ok. 200 m poniżej szczytu). W rozmowie ze słuchaczami przyznał, że bardzo ją lubił, ale odkąd Rosjanie z tej strony weszli (dotychczas jako jedyni) to przeszła mu na nią zupełnie ochota. O zimowym wejściu na Mount Everest wypowiadał się bardzo pozytywnie: 

„My mieliśmy taką wielką chęć pisania historii. Wydawało nam się – Zawada (kierownik wyprawy - przyp. autora) tak nas napuścił trochę bardziej patriotycznie - że to my Polacy musimy wejść. Proszę mi wierzyć, że na tej wyprawie nie było ważne kto wejdzie na szczyt. Ważne żeby ktoś z nas wszedł. I my będąc na szczycie z Leszkiem (Cichym - przyp. autora) 17 lutego 1980 roku sądziliśmy, że robimy to dla Polski, dla kraju, dla alpinistów polskich, dla naszej pozycji w świecie. Dopiero potem z czasem oczywiście do nas to dotarło, że to jednak my weszliśmy. Ale w tamtym momencie proszę mi wierzyć, że wiedzieliśmy że robimy jakąś fajną rzecz. Rzeczywiście to wejście zapisało się w historii bardzo mocno. Szczególnie w himalaizmie zimowym, ponieważ było to pierwsze wejście na szczyt ośmiotysięczny zimą. I to od razu na najwyższy szczyt, więc nie mogło nie zostać niezauważone przez środowisko alpinistyczne w świecie (…). Wszyscy pracowali na ten sukces. Jak zeszliśmy do bazy to Rysiu (prawdopodobnie chodzi o Ryszarda Gajewskiego – przyp. autora) się rozpłakał. On był tylko na sześciu tysiącach, ale nie rozpłakał się z zazdrości czy z zawiści. On się cieszył, że nam jako zespołowi się udało(…) Dla mnie to było też bardzo ważne, bo to był pierwszy szczyt ośmiotysięczny i od razu zdobyty zimą(…) Muszę powiedzieć, że była to taka wyprawa, w której rzeczywiście obowiązywała zasada „jeden za wszystkich, wszyscy za jednego”. Właściwie w moim życiu taka wyprawa się już nie powtórzyła”. 



Z zimową wyprawą na Kanczendzongę wiąże się natomiast również złe wspomnienie:

 „Trzeci szczyt ziemi zdobywałem z Kukuczką. Była to tragiczna wyprawa mimo, że zakończona wejściem na szczyt. Straciliśmy naszego przyjaciela (Andrzeja Czoka – przyp. autora), który umarł na obrzęk płuc”.

Krzysztof Wielicki chętnie odpowiadał na pytania zadawane przez osoby, które przybyły na spotkanie z nim do Czarnegolasu. Poza pytaniami dotyczącymi zdobywania konkretnych szczytów nie zabrakło również tych związanych z szeroko rozumianą tematyką górską. Zgromadzeni chcieli dowiedzieć się m.in. czy jakieś leki są zażywane podczas górskich wypraw, z którymi himalaistami mu się najlepiej współpracowało podczas wspinaczek (na co padła odpowiedź, że z Mirosławem „Falco” Dąsalem oraz Arturem Hajzerem), czy jest „cichym” mentorem jakiegoś młodego polskiego alpinisty (na co zabawnie odpowiedział, że nie wie i może niech lepiej za nim nie idą), czy w wysokich górach można zauważyć zachodzące zmiany klimatyczne, jakie są jego najbliższe plany związane z górami itd. Przyznał się, że na bieżąco śledzi obecne poczynania na Nanga Parbat i nadal podtrzymuje swoje zdanie, że może ona „paść” tej zimy pomimo małej – po przygodach jakie miały w ostatnich dniach miejsce - obecnie szansy powodzenia akcji Adama Bieleckiego i Jacka Czecha. Największe szanse daje aktualnie włoskiemu zespołowi Simone Moro – Tamara Lunger, którzy obrali co prawda dłuższe, ale za to łatwiejsze wejście niż ma to miejsce w przypadku drogi Kinshofera. Na wszystkie pytania himalaista cierpliwie odpowiadał i zgromadzeni na własnej skórze mogli się przekonać jaką łatwość i dobre relacje nawiązuje on ze słuchaczami. Młodym ludziom, którzy zaczynają dopiero swoją przygodę w wyższych górach Wielicki udzielił dobrej rady, aby postępowali w myśl zasady: „take it easy”, czyli cierpliwości. 

„Dzisiaj ludzie bardzo szybko chcą swój cel osiągnąć. Góry postoją. Jak się nie wejdzie - ona się nie przewraca, poczeka, spokojnie. Żeby nie chodzić na skróty, bo to się czasem źle kończy. Wydaje mi się, że potrzeba trochę więcej cierpliwości w osiąganiu celu. Ja wiem, że jest to trudne w dzisiejszych czasach, ale trzeba sobie założyć taki plan tych małych Everestów – wyżej, wyżej, wyżej, wyżej, dalej. Nie próbować - chociaż można - przeskakiwać, ale różnie to może wtedy być. Dlatego lepiej uzbroić się w cierpliwość”. 

Po zakończonym spotkaniu zainteresowani mieli okazje zaopatrzyć się w autografy i dedykacje od ich górskiego bohatera oraz zrobić sobie z nim pamiątkowe zdjęcie. 


 

Przy okazji spotkania z Krzysztofem Wielickim warto podkreślić fakt, że ukazał się drugi tom książki o Krzysztofie Wielickim autorstwa Piotra Drożdża i zatytułowanej „Krzysztof Wielicki – mój wybór”. Ta długo wyczekiwana przez wielu pozycja, której wydanie było kilkakrotnie przesuwane (pierwotnie miała się ukazać wiosną ubiegłego roku, w kilka miesięcy po wydaniu pierwszego tomu), w końcu doczekała się premiery. Na początku grudnia 2015 r. można było ją nabyć na 13. Krakowskim Festiwalu Górskim. Obecnie jest już ogólnodostępna i można ją kupić w księgarniach. Drugi tom, podobnie jak pierwszy, ma formę wywiadu-rzeki (autor zadaje pytania, himalaista na nie odpowiada). Książka zawiera głównie informacje o ekspedycjach Wielickiego w Himalajach i Karakorum począwszy od 1989 roku. Poza tym można znaleźć również opisy organizowanych i kierowanych przez niego wypraw górskich, a także wzmianki na temat jego życia osobistego i zawodowego. We wcześniej wydanym pierwszym tomie ukazane zostały wcześniejsze jego poczynania. 

tekst oraz fotografie: Grzegorz Kowalski


Link do materiału na portalu wlkp24.info, gdzie znajdziecie wywiad oraz więcej fotografii:






Komentarze