Chmura "pękła" w Przygodzicach. Relacja z powodzi z 1997 roku

fot. Jarosław Wardawy dla "Kurier Ostrowski"
Właśnie tak o wydarzeniach z 26 lipca 1997 roku mówił 3 sierpnia 1997 roku na łamach "Kuriera Ostrowskiego" Jarosław Wardawy. "Gwałtowna ulewa zalała Przygodzice, w Ostrowie  Ołobok wystąpił z brzegów" - brzmiała treść nad artykułem. Jako, że byłem wtedy młodym mieszkańcem Osiedla Biniewskiego, to doskonale pamiętam, co się wtedy wydarzyło. Chciałbym podzielić się z Wami swoimi wspomnieniami na ten temat. Być może ktoś z Was będzie w stanie je uzupełnić, albo nawet sprostować. Do tej pory mało było świadectw tamtych wydarzeń, ale dzięki uprzejmości Pana Stefana Cellmera, który udostępnił mi kasetę VHS z nagraniem wykonanym przez Pana Zdzisława Janego oraz dzięki Joli Precz, która zeskanowała mi stronę z "Kuriera Ostrowskiego" mogłem tamten dramat odtworzyć. Pewnych faktów nie pamiętałem. Miłej lektury. 

26 lipca 1997. To było na pewno w godzinach popołudniowych. Lał rzęsisty deszcz. Nie był to jakiś długotrwały opad, ale tak intensywny, że w kilka minut ogród moich dziadków zamienił się w jeden rwący potok. Mój Dziadek stał przy okienkach od piwnicy i starał się nie dopuścić, aby woda dostała się do najniższych pomieszczeń domu. Deszcz po chwili ustał. Ciemne chmury odchodziły gdzieś daleko w stronę horyzontu. W którą stronę? Nie jestem w stanie sobie przypomnieć.

Miałem wtedy 11 lat. Nie pamiętam jak dostałem się na Nowe Osiedle, ale zapewne przywiodła mnie tam ciekawość. Nie pamiętam też, aby wcześniej ulicą płynął potok, więc nie mam pojęcia skąd wiedziałem o tym, że wielka woda już za moment ma się przelać tą ulicą. Nie mogę przypomnieć sobie mojej motywacji, ale w pamięci mam ten widok "jak zwykła ulica zamieniła się w rzekę". Woda, płynęła z tzw. "gór", czyli ze wzniesienia ciągnącego się od dzisiejszej ulicy Rubinowej aż do Osiedla Przyroda. Z relacji moich znajomych wynikało, że w pewnym momencie woda przelewała się nawet przez krajową "11" na wysokości posesji Państwa Jezierskich i Szukalskich. Potwierdza to treść artykułu w „KO”. Jak dowiadujemy się z gazety: zablokowało to ruch na kilka godzin. Tak jak dziś, pod krajówką przebiegał przepust wodny, ale dalej rów schowany był w rurach, które zakopane były pod ziemią i przechodziły przez jedną z posesji. Dziś rów jest na wierzchu, właścicielom zabrano fragment działki i odkryto strugę. Cała ta woda dalej przelewała się przy posesji Państwa Szałków i dochodziła do rowu wzdłuż Nowego Osiedla. Tam potężna masa wody spotykała się z tą płynącą z początku ulicy, czyli od skrzyżowania z krajową "11".





Przyczyny tej ludzkiej tragedii leżały prawdopodobnie w kompletnej złej gospodarce wodno-ściekowej. Na mostkach przy dojazdach do prywatnych posesji zastosowano (z tego co pamiętam) bardzo wąskie rury. Wielu mieszkańców nie dbało zbytnio o przepustowość tych rur, co szybko odbiło się na ilości wody, która nie mogąc przedostać się przez wąski przesmyk płynęła ponad i rozlewała się także na ulicę. W ten sposób powstała jedna wielka rzeka, która w naturalny sposób - wraz z grawitacją płynęła rowem w stronę Stawów Przygodzickich i rzeki Barycz.

Dlaczego piszę o ludzkiej tragedii? Dopiero na filmie udostępnionym przez Pana Stefana Cellmera zobaczyłem w jaki sposób ludzie ratowali swoje posesje przed zalaniem. Szczerze - nie pamiętałem tego. Jarosław Wardawy we wspomnianym artykule na łamach "Kuriera Ostrowskiego" słusznie zauważył, że dzieci próbowały z całej sytuacji uczynić sobie okazję do zabawy, ale dorosłym faktycznie nie było do śmiechu. Woda przelewała się przez ogrodzenia i wlewała się na posesje. Lato w pełni, a tam uprawy, krzewy, kwiaty, etc. To pół biedy. Cała bieda była wtedy, gdy potok wlewał się do domostw, a w wielu przypadkach właśnie tak było. Nie będę tutaj więcej pisać, bo zobaczycie to sobie na filmie.

Dzieci jak to dzieci. Nie myślą zbytnio na temat konsekwencji, więc postanowiliśmy z bratem pójść wzdłuż rwącego potoku. Przeszliśmy przez tory (linia kolejowa 272) i poszliśmy dalej w stronę Baryczy, bo właśnie tam ostatecznie wpływają wody z tego rowu. W miarę zbliżania się do rzeki, potok którym w tym momencie była ulica stawał się coraz bardziej szeroki. W drodze powstawały potężne wyrwy, głębokie na kilkadziesiąt centymetrów. Wtedy nie kalkulowaliśmy. Fakt mogło nam się coś stać, ale spokojnie wróciliśmy w górę potoku czyli do samego centrum ludzkiej tragedii.

Pamiętam taką sytuację, że w pewnym momencie do któregoś z sąsiadów (który prawdopodobnie  zasłabł jadąc na motorze) musiała przyjechać karetka pogotowia. W mojej pamięci jest jednak niewiele informacji na ten temat. Pamiętam jak przez mgłę, że ambulans zdołał jeszcze dojechać na koniec ulicy Nowe Osiedle (tam, gdzie dziś kończy się asfalt), a potem ratownicy musieli już iść na nogach. Więcej nie potrafię odtworzyć. Może ktoś to sprostuje?




Pływało wszystko. Posesje, plac zabaw przy os. Biniewskim, drogi. Ale tak naprawdę z każdą minutą obniżający się poziom wody odsłaniał kolosalne zniszczenia, jakie rwący potok spowodował. W samej ulicy Nowe Osiedle powstały wyrwy, które całkowicie unieruchomiły wszelkie pojazdy, które nie zdołały wyjechać z posesji przed wielką powodzią. Nie pamiętam kiedy to tymczasowo naprawiono, bo akurat wtedy wyjeżdżałem na wakacje. Zniszczenia były jednak ogromne. Woda jak to woda, zawsze znajdzie sobie ujście, przy okazji poniszczy to i tamto. Skalę tych zniszczeń zobaczyć można po raz kolejny – na filmie udostępnionym przez Pana Cellmera. Szkoda, że autor nagrania już nie żyje, pewnie mógłby trochę więcej opowiedzieć. Świetnie skonfrontowany jest tam dzień powodzi oraz kolejny dzień - 27 lipca 1997. Kapitalny materiał archiwalny!

Wydarzenia z końca lipca 1997 spowodowały, że samorząd zaczął bardziej interesować się gospodarką wodno-ściekową na tym osiedlu. W kolejnych latach wyremontowano wszystkie mostki wzdłuż ulicy Nowe Osiedle, montując tam znacznie szersze rury – o szerszej przepustowości. Kilka lat temu – wyremontowano także koryto rowu.

I to cała moja historia. Pamiętam znacznie więcej, ale chciałbym jedynie opisać te rzeczy których jestem pewien, albo przynajmniej wydaje mi się, że jestem. Może Wy macie jakieś swoje przemyślenia? Podzielcie się nimi w komentarzu lub pisząc na adres: przygodziceblogspot@gmail.com. A oto wspomniany filmik. Jakość słaba, ale takie są już te VHS-y. Ważne, że są! Dziękuję Panu Stefanowi Cellmerowi za udostępnienie nagrania. Joli Precz dziękuję za możliwość zeskanowania "Kuriera Ostrowskiego".



Tomasz Wojciechowski

Komentarze