Wywiad z Robertem Maćkowiakiem - multimedalistą i olimpijczykiem w bieganiu

Robert Maćkowiak, olimpijczyk z Sydney i Atlanty oraz wielokrotny medalista Mistrzostw Świata i Europy był gościem specjalnym dwudniowej konferencji szkoleniowej Akademii Mistrzów Sportu-Mistrzów Życia pn. „SPORT RZEŹBI UMYSŁ, SERCE I CIAŁO - sportowa edukacja najmłodszych”, która odbyła się w Pleszewie. Korzystają z przerwy między wykładami jednemu z naszych redaktorów udało się nakłonić Roberta do obszernego wywiadu. Po jego zakończeniu lekkoatleta przyznał, że chętnie gości w polskich szkołach. Stara się nie odmawiać, jeśli jest zapraszany. Jeśli będzie zainteresowanie ze strony naszych władz samorządowych oraz młodzieży kształcącej się w szkołach zlokalizowanych w naszej gminie całkiem realne wydaje się zorganizowanie spotkania z Robertem Maćkowiakiem czy to w Chacie Regionalnej czy innym miejscu w Przygodzicach. Redakcja naszego serwisu „ma namiary” na lekkoatletę i postara się przyczynić do tego, aby Robert mógł także spotkać się z mieszkańcami naszej gminy, zwłaszcza tymi najmłodszymi. Poniżej prezentujemy cały wczorajszy wywiad. 

Grzegorz Kowalski: Jak zaczęła się Pana przygoda ze sportem? 

Robert Maćkowiak: Pochodzę z małej miejscowości, a w szkole, w której pobierałem naukę nie było nawet hali gimnastycznej. Moja przygoda ze sportem rozpoczęła się prozaicznie, jak u każdego młodego człowieka. Brałem udział we wszelkiego rodzaju szkolnych zawodach sportowych. Pierwszy raz wystartowałem w nich jak miałem 10 lat. Jako 15-latek byłem wicemistrzem Polski w skoku w dal młodzików. Potem zacząłem biegać sprinty i dopiero w wieku 21 lat pierwszy raz w życiu pobiegłem 400 metrów. Wynik jaki uzyskałem - 47,40 – był bardzo dobrym prognostykiem do uprawiania tej konkurencji. Co ciekawe już w latach wcześniejszych, z corocznych badań przeprowadzanych na początku sezonu wynikało, że mam predyspozycje do biegania na tym dystansie. Broniłem się jednak przed nim do 23 roku życia, kiedy to Polski Związek Lekkiej Atletyki uznał, że Robert Maćkowiak nie jest już perspektywistycznym zawodnikiem. Razem z trenerem postanowiliśmy wtedy, że zacznę trenować bieg na 400 metrów. Od października do maja to okres „ładowania akumulatorów”. Po przepracowaniu zimy pojechałem na halowe Mistrzostwa Polski do Spały. Zawody te trwały dwa dni. Pierwszego dnia odbyły się biegi eliminacyjne, drugiego finały. W eliminacjach na 400 metrów z pierwszym czasem wszedłem do finału. Następnego dnia trener naciskał, żebym o godzinie 11 wystartował w eliminacyjnym biegu na 200 metrów. Po namowach dałem się przekonać i w rezultacie z najlepszym czasem wszedłem do finału. Cztery godziny później wystartowałem w finałowym biegu na 400 m, a jeszcze półtorej godziny później w finale na 200 m. W obu tych biegach zwyciężyłem. Jestem jedynym w historii zawodnikiem, który jednego dnia w halowych Mistrzostwach Polski zdobył dwa złote medale w dwóch ciężkich konkurencjach. Po tych sukcesach ponownie wróciłem do kadry i od tego czasu na dobre zaczęła się moja przygoda z 400 metrami. Mój ówczesny rekord życiowy, w wieku 24 lat, wynosił 46,50 sekund. 

Robert Maćkowiak na wspólnym zdjęciu z autorem wywiadu Grzegorzem Kowalskim


G.K.: Mógłby Pan powiedzieć jakie medale zdobywał Pan indywidualnie oraz w sztafecie na wielkich imprezach. Chodzi nam tutaj o Mistrzostwa Świata i Mistrzostwa Europy, zarówno te odbywające się w hali jak i na otwartym stadionie? 

R.M.: Najważniejszymi medalami były złota w sztafecie 4 x 400m. Razem z kolegami zostaliśmy Mistrzami Świata na otwartym stadionie w Sewilli w 1999 roku oraz halowymi Mistrzami Świata w Lizbonie w 2001 roku. Byliśmy również halowymi Mistrzami Europy we Wiedniu w 2002 roku. Zdobyliśmy ponadto srebrne medale na halowych Mistrzostwach Świata w Maebashi w 1999 roku oraz rok wcześniej na Mistrzostwach Europy w Budapeszcie. W sztafecie na stadionie wywalczyliśmy także brązowy medal na Mistrzostwach Świata w Atenach w 1997 roku. Indywidualnie zostałem Wicemistrzem Europy w biegu na 400 m w Budapeszcie w 1998 roku oraz zdobyłem dwa brązowe medale w halowych Mistrzostwach Europy – w biegu na 400 m w Walencji w 1998 roku oraz cztery lata później w biegu na 200 m we Wiedniu. Bardzo dobry wynik, na skalę światową, uzyskaliśmy biegając na Igrzyskach Dobrej Woli w Nowym Jorku w 1998 roku. Tam przegraliśmy tylko z Amerykanami, wyprzedziliśmy m.in. bardzo silną wtedy ekipę Jamajki. Wynik przez nas uzyskany ( 2:58,00) jest cały czas piątym wynikiem w historii światowych biegów sztafetowych 4 x 400 m. 

G.K.: Czy dla Pana medale z imprez na otwartym stadionie mają taką samą wartość jak z tych rozgrywanych w hali? Czy nie jest tak, że występy w hali traktuje się jako przetarcie i przygotowanie do sezonu rozgrywanego na otwartym stadionie? 

R.M.: Generalnie tak się podchodzi do tego, ale ja uważam, że nie ma różnicy. Cenię tak samo medale halowe jaki i te z otwartego stadionu. Przypomnę chociażby pamiętny 1999 rok, kiedy jechaliśmy na halowe Mistrzostwa Świata do Japonii (Maebashi - przyp. autora) po to, aby je wygrać i pobić rekord świata. Niestety zabrakło nam 0,18 sekundy (Polska uzyskała czas 3:03,01, aktualny do dziś rekord Europy w hali - przyp. autora) i przegraliśmy wtedy tylko z Amerykanami. Szokiem dla wszystkich kibiców i znawców sportu był fakt, że polska ekipa, która dopiero dobijała się do najwyższych miejsc na arenie światowej, przez trzy zmiany prowadziła wyprzedzając Amerykanów. Te role odwróciły się dwa lata później w Lizbonie. Wtedy zawodnicy z USA byli przed Polakami i ja na ostatnich metrach wyprzedziłem mojego kolegę z północnej ameryki. 

G.K.: Czy mógłby się Pan jednak pokusić do wytypowania tego jednego, najważniejszego dla Pana medalu? 

R.M.: Nie. Podejrzewam, że byłby taki, gdyby był to medal olimpijski. Niestety nie było mi to jednak dane. Miałem szanse wystartować na czterech olimpiadach. Ostatecznie wystartowałem na dwóch – w Atlancie i Sydney. Pierwszy start olimpijski mogłem zaliczyć już w 1992 roku w Barcelonie w sztafecie 4 x 100 m. Jednak rok wcześniej, po powrocie z Japonii (Tokio - przyp. autora) z Mistrzostw Świata, nasz zespół został przetrzebiony kontuzjami i innymi problemami zdrowotnymi. 

G.K.: Medalu z Olimpiad Pan nie przywiózł, ale chyba występ na Igrzyskach Olimpijskich w Sydney zalicza Pan choć częściowo do udanych? 

R.M.: Mało się o tym mówi, ale indywidualnie zająłem tam 5 piąte miejsce. W finale jako jedyny biały biegacz rywalizowałem z zawodnikami czarnoskórymi, którzy dominują w biegach na 400 metrów. Uważam, że piąte miejsce w tak prestiżowym biegu na Olimpiadzie to olbrzymi sukces. Olimpiada w Sydney z jednej strony była dla mnie bardzo udana, z drugiej już nie. W Australii bowiem w biegu sztafetowym była ta moja „sławetna wywrotka”. Jeśli ktoś interesuje się sportem wie, że byliśmy w dobrej formie. Popełniłem błąd, który kosztował nas jeśli nie utratę medalu, to chociaż szansę nawiązania walki o miejsce na podium. 

G.K.: Skoro jesteśmy przy Sydney mógłby Pan wyjaśnić dlaczego biegł Pan na drugiej zmianie w sztafecie? Wiadomo przecież, że prawie zawsze startował Pan jako ostatni. 

R.M.: Rzeczywiście z reguły startowałem na ostatniej zmianie, ale jeśli ktoś prześledzi chociażby naszą walkę w Sewilli rok wcześniej to zauważy, że wtedy też biegałem na drugiej zmianie. W sztafecie najważniejszą rzeczą jest aby nawiązać kontakt z najlepszymi. Jeśli na pierwszych dwóch zmianach puszcza się najlepszych, najmocniejszych, to ten kontakt z czołówką jest. W momencie kiedy puścilibyśmy kolegę trochę słabszego i robi się przerwa 5-10 metrów, to później już ciężko nawiązać walkę. Tak jak w kolarskim peletonie kolarze, potocznie mówiąc, „jadą na kole” tak samo sytuacja wygląda w biegach sztafetowych. Taka taktyka miała być właśnie zastosowana w Sydney i byłaby zrealizowana, gdyby nie mały szkopuł. Nie powinniśmy biegać na ósmym torze głównie dlatego, że mieliśmy piąty wynik eliminacji. Na dwóch najgorszych torach, czyli pierwszym i ósmym, powinny startować ekipy, które uzyskały dwa najgorsze czasy. My powinniśmy wystartować z toru drugiego lub siódmego. 

G.K.: Czy to prawda, że potknął się Pan wtedy na bloku startowym, który organizatorzy pozostawili na torze? 

R.M.: Chciałbym zdementować tą często powtarzaną pogłoskę. Prawda jest taka, że tor był czysty. W biegach sztafetowych 4 x 400 m przepisy mówią jednak, że obok pierwszego i ósmego toru jest półtorametrowa strefa bezpieczeństwa. Nie powinno tam nic stać. W biegu sztafetowym 4 x 400 m 99% odpowiedzialności na zmianie tkwi na odbierającym. Głównie dlatego, że oddający ostatkiem sił ma wyciągnąć rękę z pałeczką, a osoba odbierająca do samego końca, zanim poczuje pałeczkę w dłoni, musi na nią patrzeć. Ósmy tor charakteryzuje się tym, że wyrównanie dokonuje się po lekkim skosie. W momencie, kiedy ja odebrałem pałeczkę i mogłem się odwrócić okazało się, że jestem na linii kończącej tor. Gdyby nie było tej skrzynki obok toru przełożyłbym sobie pałeczkę, zrobił krok w bok i pobiegł dalej. Nie przeszkodziłbym w tym momencie nikomu. W chwili kiedy się odwróciłem i chciałem zrobić pierwszy krok moja noga już została na skrzynce, która tam stała. Mało tego zrobiłem „tygryska”. Gdyby nie ta wywrotka to prawdopodobnie byłbym w stanie pobiec w okolicach 44 sekund (ruchomy start w sztafecie pozwala osiągnąć lepszy rezultat niż ma to miejsce w biegach indywidualnych, gdzie zawodnik startuje z miejsca – przyp. autora), bo na taki bieg byłem przygotowany. Przez to, że się przewróciłem pobiegłem 46 sekundy, a i tak oddałem pałeczkę jeszcze przed Australijczykiem. 

G.K.: Jaki jest Pana najlepszy rezultat w biegu na stadionie na 400 metrów? 

R.M.: 44,84 sekundy. Jest to drugi wynik w historii polskiej lekkoatletyki. Uzyskałem ten rezultat w biegu półfinałowym na Mistrzostwach Świata w 2001 roku w Edmonton. Mógł on być jeszcze lepszy, ale mając zapewniony awans do finału w końcówce zwolniłem. Jestem pierwszym Polakiem, który na imprezie tej rangi, na tym dystansie, wszedł do finału. Niestety w trakcie tego półfinałowego biegu naderwałem przyczep mięśnia płaszczkowatego. Pomimo tego urazu wierzyłem, że będę wstanie wystąpić w finale i zdobyć medal, nawet złoty. Trzeci rezultat z półfinałów napawał optymizmem. Tego ranka czułem się lepiej niż w dniu, w którym rozgrywane były eliminacje. Spodziewałem się wyniku w granicach 44,50. Nie było Michaela Johnsona, z medalistów poprzednich Mistrzostw Świata w Sewilli biegał tylko Jamajczyk Haughton. Przed każdym biegiem na zawodach robiliśmy 300 metrowe przetarcie. Po założeniu kolców okazało się, że nie dam rady zrobić nawet jednego szybkiego kroku. Było już za późno, aby zgłosić organizatorom, że mam kontuzję. Musiałem wejść w bloki, ale nie mogłem pobiec. Gdybym nie stanął w blokach zostałbym zdyskwalifikowany i nie dopuściliby mnie do sztafety, w której nadal chciałem wystartować. Miałem nadzieję, że uda się mi się wykurować. Wracając do finału powiem tylko, że złoty medalista uzyskał czas 44,64 sekundy, a srebrny medalista miał czas gorszy od mojego półfinałowego wyniku. 

G.K.: W jakim wieku osiągał Pan najlepsze rezultaty? 

R.M.: Najlepsze wyniki życiowe osiągałem między 27 a 32 rokiem życia. Najlepszy sezon to rok 2001 r. Do momentu feralnego finału na wspomnianych przed chwilą Mistrzostwach Świata w Edmonton wychodziło mi wszystko, osiągałem coraz lepsze rezultaty. Gdyby nie kontuzje prawdopodobnie jeszcze przez kilka lat byłbym czołowym 400-metrowcem. Kontuzja była też pośrednią przyczyną, że nie poleciałem na ostatnie igrzyska, na których mogłem wystąpić w 2004 roku w Atenach. 

G.K.: Skoro mowa o Atenach to w jednym z wywiadów powiedział Pan, że w Atenach była jeszcze większa szansa na medal niż w Sydney. Nadal Pan tak uważa? 

R.M.: Oczywiście. W Sydney Australijczycy zajęli odległe miejsce, a w Atenach z bardzo słabym wynikiem 3:00,60 zdobyli srebrny medal. Amerykanie oczywiście byli poza zasięgiem. Ze mną w składzie, przed olimpiadą, pobiegliśmy w bardzo podobnym czasie. Paradoksalnie z kolegami wybiegałem rezultat, który uprawnił nas (sztafetę - przyp. autora) do startu w Atenach, ale w biegu indywidualnym nie potrafiłem się przełożyć. Bardzo ciężko jest wrócić po kontuzji do najwyższej formy i mój młodszy rywal w walce o olimpijską nominację pokonał mnie o zaledwie 0,1 sekundy. 

G.K.: Mówi się, że był Pan niekwestionowanym liderem grupy Lisowczyków. Mógłby Pan wyjaśnić skąd się wzięła taka nazwa? 

R.M.: Od nazwiska trenera kadry czterystumetrowców Józefa Lisowskiego. 

G.K.: Co panu dało uprawianie sportu? 

R.M.: Dzięki rozwijaniu swoich talentów sportowych zwiedziłem wiele miejsc na całym świecie. Bez wyjazdów na zawody i zgrupowania nie mógłbym sobie na to pozwolić. W tym miejscu chciałbym zachęcić wszystkich do ciągłej pracy nad sobą. Są różne talenty. Nie tylko sportowe, ale również muzyczne, plastyczne, matematyczne i wiele innych. Należy je tylko u siebie odkryć i to co powiedziałem wcześniej - ciągle nam nimi pracować. 

G.K.: Ponoć Pana rodzeństwo również uprawiało sport? Czy mógłby Pan ten fakt potwierdzić? 

R.M.: Mam dwóch młodszych braci, którzy uprawiali sport. Ten najmłodszy miał najwięcej talentu, jednak nie miał tyle samozaparcia. Maciek był za to bardzo wszechstronnym zawodnikiem. Problemy zdrowotne spowodowały jednak, że musiał zrezygnować z uprawiania sportu. Jest rekordzistą Polski juniorów w siedmioboju na hali, a wynik ten utrzymany zostanie już w tabeli na zawsze, ponieważ obecnie, po zmianie przepisów, juniorzy pchają lżejszą kulą. 

G.K.: Czym się Pan zajmuje dzisiaj? 

R.M.: Jestem trenerem. Związany jestem ze środowiskiem AZS-u w Poznaniu, także pracuję w Olimpii. Zajmuje się ponadto treningiem motorycznym w dwóch drużynach piłkarskich. 

G.K.: Na koniec zapytam jeszcze tylko, czy według Pana lekkoatletyka w Polsce przeżywa regres? 

R.M.: Może zacznę od tego, że jest niewielka grupa lekkoatletów, która osiąga znakomite rezultaty na Mistrzostwach Świata czy Europy. To m.in. Marcin Lewandowski, Adam Kszczot, Piotr Małachowski, Tomasz Majewski, Anita Włodarczyk, Monika Pyrek, Anna Rogowska. Najgorsze jest to, że nie ma zaplecza i jeśli można mówić o regresie to w tym kontekście. Za kilka lat, kiedy wymieni lekkoatleci przejdą na sportową emeryturę może się okazać, że nie ma ich kim zastąpić. Dzisiaj jest bardzo duży nacisk położony na szkolenie juniorów. Jest on w klubie bardzo cennym zawodnikiem. Dzieje się tak ponieważ uczestnicząc w Mistrzostwach Polski itd. zdobywa on punkty i klub dostaje za to pieniądze od Ministerstwa. Za seniora klub nie otrzymuje nic. Dlatego młodzi ludzie w wieku 22-23 lat, którzy nie są w kadrze, a chcą oddać się tylko i wyłącznie uprawianiu sportu mają utrudnione zadanie. Jeśli zostają zmuszeni do podjęcia pracy zawodowej to o dobrym wyniku z reguły zapomnieć. Sportowcem jest się 24 godziny na dobę. Sukces uwarunkowany jest m.in. od wyspania, jedzenia, nawodnienia, zregenerowania sił itd. 

G.K.: Dziękujemy za rozmowę 

R.M.: Również bardzo dziękuję 



Rozmawiał: Grzegorz Kowalski


Kopiowanie fragmentów bądź całej treści tego wywiadu jest zabronione! 

Komentarze

Archiwum BLOGA

Pokaż więcej

Jesteśmy też na Instagramie